Kolejna część mojej dotychczasowej historii…

Postanowiwszy rozpocząć przygodę z kontaktami z „istotami wyższymi” (swoją drogą to było jednym z pierwszych przekonań, z których te istoty mnie wybiły) byłam bardzo zaskoczona szybkością i skutecznością swojej „zabawy”.

Oczywiście – jako, że zawsze byłam sceptykiem – gdzieś w moim umyśle było założenie „może to autosugestia”?

Dodatkowo w tym czasie zaczęłam też dotykać pierwszych informacji o fizyce kwantowej, więc spodziewałam się, że może „widzę, co chcę widzieć”, albo „to projekcja mojego wnętrza”… Pomimo tego postanowiłam spróbować.

Michael nie pokazał mi początkowo swojej twarzy – chyba nie byłam gotowa na ten widok.

W moim umyśle (gdyż początkowo bawiłam się w kontakt na zasadzie projekcji na ekranie – metodę znałam z wcześniej przeze mnie wspomnianych doświadczeń z okultyzmem), zanim zadałam dobrze swoje pytanie pojawiła się odpowiedź, która rozpoczęła coś, co można by nazwać „przebudzeniem ducha”, albo jego zalążkiem.

Otrzymałam wizję ogromnego drzewa. Drzewa z bardzo silnym pniem i systemem korzeniowym (który był jakby odbiciem jego gałęzi), jego konary rozpościerały się daleko, daleko w przestrzeń kosmiczną.

Doskonale wiedziałam (czułam) co to oznacza. Ja – tu i teraz – byłam pniem drzewa, a konary to moje przyszłe potencjalne wybory. Korzenie to moje przeszłe wybory i doświadczenia… Znowu poczułam (bo kontakt nie był słowny, raczej… jak odbiór wibracji, częstotliwości radia), zobaczyłam złoty szlak, który rysował konkretną drogę, jakby… mapę – pośród konarów drzewa.

To miała być moja „droga życia w zgodzie z sobą”. Znowu zadałam (właściwie chciałam zadać) pytanie – odpowiedź znów zaczęła przychodzić zanim skończyłam. Zapytałam: „A co jeśli pójdę inną drogą? co jeśli wybiorę tamto rozgałęzienie?”

Tutaj zaobserwowałam, że złota ścieżka wędruje skomplikowanymi splotami gałęzi, zapętla się i… wraca DO PUNKTU WYJŚCIA. Oświeciło mnie, że chodzi o to, że nie ważne gdzie zawędruję – i tak wejdę na „tą drogę”, a właściwie będzie to jej CZĘŚĆ.

Zabawnie było tak konwersować „mentalnie” – czułam się jak ryba w wodzie – odpowiedzi były doskonałe, szybkie, przemawiały do mnie. Poczułam się zrozumiana… No cóż – owszem – może zrozumiana przez projekcję własnego wnętrza, ale… czy to ważne?

Czułam dlaczego zostało mi to pokazane, czułam o co chodzi, rozumiałam więcej niż tu jestem w stanie opisać. Zrozumiałam to, że JA jestem tym, kto kreuje moją ścieżkę, a nie biernym widzem. Zrozumiałam, że wszystko ma głębsze znaczenie, a PRAWDA, której szukałam leży u moich stóp.

Oczywiście – to był początek. Jeszcze nieociosana, niedojrzała – nie umiałam przyjąć tej wiedzy w pełni.

Nasionko spadło na glebę… gleba owszem – była żyzną, jednak zajmuje sporo czasu zanim wykiełkuje, urośnie, stawi czoła trudnościom wzrostu (pogoda, potencjalna opcja zniszczenia drzewka w zarodku), stanie się dużym drzewem… a jeszcze więcej czasu minie, nim wyda owoce…

Tak czy inaczej – coś zaczęło się nagle zmieniać w mojej perspektywie spojrzenia. Jeszcze daleko było do przejścia „z ofiary w kreatora”, ale coś zaczęło się rodzić we mnie.

Zaczęłam studiować kwestię tzw. prawa przyciągania, psychologię pozytywnego myślenia itd. itp. – na sam początek.

Mieszkając jeszcze u znajomego – postanowiłam skontaktować się z rodzicami (był akurat okres Świąt Bożego Narodzenia). Nie byli może zachwyceni mną do końca (a ja nimi), jednak zaprosili mnie na kolację wigilijną, co było początkiem długiego procesu (trwającego do dziś… jeszcze nie z pełnym sukcesem) prób godzenia się.

Od tego czasu utrzymuję z nimi jakiś kontakt – starając się ze swojej strony (z lepszym bądź gorszym skutkiem, bo zachowuję swój światopogląd – podobnie oni swój), by zmierzał w „dobrym kierunku”.

W tamtym czasie zaczęłam widzieć ich słabość i postanowiłam, że nie będę już się „boczyć” za przeszłość.

 

W tym okresie mojego życia „pobór” informacji sięgnął zenitu. Książki naukowe znów poszły „w ruch”, kontakty z Aniołami występowały coraz częściej, rozpoczęłam liczne praktyki duchowo – mentalne, a moje dawne zdolności „parapsychiczne” zaczęły powracać.

Z drobnych ciekawostek: potrafiłam bezbłędnie określić kolor, strukturę i system planetarny wokół wybranej przez mojego partnera gwiazdy (dokonując „podróży mentalnej”), o której nie wiedziałam – a wyniki w ponad 95% były bezbłędne. Bawiłam się w identyfikację wibracji. Moja zdolność wizualizacji, empatia i wewnętrzne „radyjko” działało świetnie. Znowu potrafiłam dostrzec kolory wokół osób – dowiedziałam się, że to aura (choć mniej wyraźnie niż jako dziecko). Nauczyłam się wczuwać we własne ciało oraz (tu także niemal bezbłędnie) wykrywać życie w miejscach, których nie widziałam fizycznymi oczami. Widziałam ludzi i zwierzęta (wiedziałam, czułam gdzie są mimo, że byli w moich eksperymentach poza zasięgiem mojego wzroku), co zawsze przedstawiało się w moim umyśle jako wizualizacja złotej kulki, lub w przypadku roślin – złotego soku.

Dalej jednak byłam jedynie małą, niedojrzałą, nie w pełni świadomą siebie, nie spodziewającą się CO JĄ CZEKA (niedługo) dziewczynką. Tą dziewczynką, którą byłam w dzieciństwie – z powoli wracającymi „ludzkimi odruchami” i odkopującą się spod gruzu wrażliwością.

Na tym punkcie póki co przerwę pisanie – kolejne rozdziały (teraz coraz szybciej następujące po sobie) opiszę w kolejnych artykułach – i na końcu uformuję wnioski. Tu muszę poświęcić nieco więcej uwagi poszczególnym okresom mojego życia, gdyż bardziej obfitowały w istotne wydarzenia.

Zapraszam do lektury dalszych części.

Serafinek

Poprzedni artykuł: http://serafinek.com/moja-historia-cz-1-bazy-doswiadczania/

obrazek znalazłam na: fineartamerica.com

 

Serafinek

Nie przywiązuj mnie do żadnej z przedstawionych tu tożsamości, gdyż i ja nie jestem do nich przywiązana. Wybieram je ku uciesze z Życia. Jeśli chcesz eksploruj to wyjątkowe przejawienie boskości we mnie, by dogłębnie zbadać swoje. „Kim jestem? Zapytałam siebie. Istnieniem? Marzeniem? Boskim tchnieniem? Nie… JA jestem PŁOMIENIEM.”

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here