Pragnę podzielić się z Wami moją historią, która być może dla kogoś stanie się inspiracją lub swoistym „lustrem”… Przecież wszyscy jesteśmy obrazami Jednego. Może odnajdziecie mądrość i sens w Waszych doświadczeniach, bazując na moich?

Jako mała dziewczynka miałam spokojne życie, może nie specjalnie opływałam w bogactwo, ale dla dzieci nie ma to najmniejszego znaczenia…

Znaczenia nabrało to w szkole, gdzie dzieci zauważały (i nie szczędziły kpin) moje gorsze ubrania, nieśmiałość, niepewność… Dobrze było spisać ode mnie zadanie domowe, jednak później napluć do plecaka, czy wyrzucić piórnik do śmietnika…

Byłam najlepszą uczennicą (utrzymywało się to we wszystkich pierwszych latach szkoły, aż do liceum…) – nie uczyłam się zbyt wiele, nie byłam „kujonem” . Po prostu wiedza bez trudu „wpadała” do mojej głowy, dane szybko ulegały segregacji i łatwemu rozumieniu w moim (już wtedy) dobrze poukładanym umyśle.

Byłam tą, która wyciągała rękę pierwsza do swoich dręczycieli – wybaczenie z początku przychodziło mi łatwo.

Dążyłam do wiedzy, poszukiwałam prawdy. Kochałam ciekawostki naukowe, a moje największe marzenie (w przeciwieństwie do tych u innych dzieci – o posiadaniu nowej lalki, byciu modelką, piosenkarką czy bizneswoman), które dość wcześnie uformowałam to było „poznanie prawdy” – cokolwiek by to nie miało oznaczać…

Moja rodzina (sądząc, że skoro dobrze się uczę i pewnie na tym zarobię i będę wieść lepsze życie niż oni) wywierała na mnie pewnego rodzaju presję bym „została lekarzem” – toteż kładziono dość duży nacisk u mnie na naukę przedmiotów ścisłych… choć później okazało się, że równie dobrze radzę sobie z humanistycznymi dziedzinami nauki.

Od zawsze miałam wiele zainteresowań, bawiłam się dobrze czytając artykuły o znanych fizykach, matematykach, najnowszych odkryciach nauki, astronomii…

Uwielbiałam także rysować i czytać książki przygodowe („Pan Samochodzik”, „Przygody Tomka”, wszystkie dzieła J. R. R. Tolkiena – to były moje ulubione pozycje w najmłodszych latach).

Zawsze fascynował mnie koncept nieśmiertelności, wyobrażałam więc sobie w swoich dziecięcych zabawach, że jestem jak elfy i będę żyć wiecznie, albo przynajmniej umrę bohatersko w jakiejś „wielkiej misji” mającej znaczenie dla całej ludzkości – tak widziałam świat oczami dziecka.

Moi rodzice nie byli w stanie odpowiedzieć mi na nurtujące mnie wtedy pytania:

„Po co się żyje?”, „Co jest za granicą rozszerzającego się wszechświata?”, „Co było przed Wielkim wybuchem?”, „Po co zbudowano Wielkie Piramidy w Egipcie? Nie wyglądają na groby…”, „Jak stać się nieśmiertelną?”, „Dlaczego Bóg pozwala na cierpienie?”, „Czy zwierzęta mają duszę?”…

A zwłaszcza na takie: „Dlaczego widzę kolorowe światło wokół ludzi i dlaczego zmienia kolor kiedy się modlą?”, „Kim są te cieniste postacie, które widzę czasami pośród nas?”

Moi rodzice byli bardzo wierzący, toteż próbowali na wszystko dać mi religijne wyjaśnienie.

Wpojono mi strach przed piekłem, Szatanem… Musiałam chodzić do kościoła i modlić się na różańcu.

Bardzo bałam się wtedy pokus Szatana i kiedy widziałam cieniste postacie – bałam się, że to demony chcą mnie wystawić na próbę – podobnie jak święte, o których sporo słyszałam od rodziców.

Oczywiście – jako, że głęboko we mnie, w mojej Duszy – cechą charakterystyczną jest głębokie przeżywanie wszystkiego, mocne wnikanie w doświadczenie – będąc na etapie religii – zachciałam być „świętą” i postanowiłam wstąpić do zakonu, by swoje cierpienie poświęcić na złagodzenie win i grzechów ludzi – tym samym zbawić świat. Tak wtedy widziałam „dobro”.

Piekło i wieczne cierpienie wydawały mi się straszne, wszędzie widziałam „dzieła szatana”, a ból, który spotykał mnie w szkole… cóż – uznawałam za „moje cierpienie dla zbawienia świata”.

Cały mój układ mentalny był ułożony przez religię toteż moje życie obfitowało w cierpienie.

Od dzieciństwa miałam problemy ze spożywaniem mięsa. Bardzo nie lubiłam go w samym smaku, dodatkowo strasznie współczułam zwierzętom. W domu jednak otrzymywałam kotleta na obiad z wyjaśnieniem, że zwierzęta Bóg dał nam jako poddane i tym samym – mam jeść, a nie gardzić. Oczywiście – jako „wielki martyr” jadłam i zbierało mi się na wymioty…

Doszło jednak do punktu, gdy byłam światkiem polowania: śmierci i skórowania jelenia – to spowodowało, że przez ok. 6 lat nie ruszałam mięsa – niezależnie od namów i argumentów.

Miałam także problem z nadwagą… Jako dziecko dostawałam bułki z serem, kluski na mleku, frytki czy makaron z sosem, albo ziemniaki i panierowanego, smażonego na głębokim tłuszczu kotleta. Kiedy obchodziłam urodziny lub święta otrzymywałam w nagrodę słodycze. Jadłam chipsy, batoniki, lizaki… wszystko to było nagrodą, czymś traktowanym jako wyróżnienie. To spowodowało u mnie kiepskie nawyki żywieniowe i najróżniejsze dolegliwości, a także traktowanie jedzenia (zwłaszcza słodyczy) jako pocieszenie.

Wiadomo – „nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu” było w moim pojęciu grzechem, więc zapędzało mnie to w błędne koło strachu przed karą za grzechy i piekłem i pocieszania się jedzeniem.

Cały ten psychologiczny miks, stan zdrowia, podśmiewanie się dzieci z mojej nadwagi, statusu majątkowego, niekiedy przechodzącego w przemoc – w końcu kropla po kropli – wypełnił naczynie.

Zaczęłam w pewnym okresie uciekać w uzależnienie od gier komputerowych – strategii (gdyż tylko takie zaspokajały mój mocno rozwinięty umysł). Żyłam tak do pewnego momentu, gdy uznałam, że mam „DOŚĆ”.

Zbuntowałam się. Postanowiłam „wziąć życie w swoje ręce”, co w moim ówczesnym rozumowaniu małej (ok. 13 – 15 letniej) nastolatki było: robić odwrotnie niż dotychczas…

Współczucie, miłość, swoje „parapsychiczne zdolności” zakopałam razem z męczeństwem głęboko…

Spojrzałam na rodzinę krytycznym okiem. Zaczęłam „zdobywać” pieniądze poprzez drobne oszustwa (byłam inteligentna, więc szło…), by kupić książki, które miałyby dać mi odpowiedzi na moje pytania.

Cały czas szukałam. Cały swój czas i energię poświęcałam „poszukiwaniu prawdy”, ponieważ w żaden sposób nie przychodziło mi do głowy, by zacząć słuchać swojego wnętrza.

Początkowo zaczęłam pożerać pozycje okultystyczne, dotyczące magii, żywiołów, demonologii…

Zaczęłam bawić się w sypanie kręgów z soli, rysowanie pentagramów… Wzięłam się za medytację, wizualizację i ćwiczenia koncentracji.

Postanowiłam „zabrać się za ciało” – odchudzałam się więc katując się dietami 1000 albo 500 kcal (myślałam, że tak jest dobrze) – z czasem zdobywając coraz większą i bardziej zaawansowaną wiedzę o odżywianiu i ulepszając swoje metody – jak w dzieciństwie – nauka przychodziła zawsze łatwo.

Zaczęłam nosić czarne ubrania, a moje umiłowanie do muzyki (wcześniej klasyczni kompozytorzy) ulokowałam w najróżniejszych gatunkach metalu (niektórych słucham do dziś). Czerń, wampiryzm, demonologia… To wszystko zaczęło pochłaniać moją uwagę.

Szatan stał się obiektem mojego zainteresowania od drugiej strony. Plusem tego było to, że przestałam się bać.

W domu rodzinnym atmosfera nie była ciekawa – problemy pomiędzy moimi rodzicami, kłótnie, żale… nie miałam sił tego znosić, więc zaczęłam szukać swojego miejsca gdziekolwiek indziej…

Odnalazłam je w pubach. Zaczęłam wagarować, jednak dalej nie odbijało się to zbyt mocno na moich ocenach – intelekt i zdolność szybkiego uczenia się nadrabiały braki.

Dalej mimo tego nie kochałam samej siebie – rozżalona na życie zaczęłam poszukiwać doświadczeń – czegokolwiek, co miałoby sens.

Zaczęłam grać na gitarze – to stało się moim hobby i ujściem emocji. Jeździłam na koncerty metalowych kapel, spotykałam ludzi.

Po liceum przestałam mieszkać z rodzicami – ból związany z tym, co działo się między nimi, żale powodowały, że uciekałam od nich, nieraz nie wracałam do domu.

Miałam do nich żal, że wysyłają mnie do pracy, bym zarobiła na studia – uważałam, że to niesprawiedliwe, chciałam udać się na studia dzienne.

Wiele razy próbowałam też na swój sposób „pomóc” im, by zmienili swój sposób myślenia, nawyki, jednak spotykało się to z brakiem odzewu.

Moja babcia widziała we mnie winną problemów w domu. Podejrzewała, że to wszystko przez moje książki, runy, pentagramy… Zostałam obwołana leniem, bo nie chciałam jeszcze iść do pracy.

Leniwa jednak nigdy nie byłam.

Moja siostra, podobnie jak ja – posiadała zdolności „widzenia” więcej – jednak ona nie miała sił w sobie, by ogarnąć to umysłem, jak ja – została więc uznana za chorą na schizofrenię i leczona psychotropami.

Próbowałam wtedy walczyć o nią – wiedziałam, że to nie choroba, jednak nikt nie chciał mnie słuchać. Walka oczywiście, jak zwykle z walką bywa odniosła marny efekt.

Wszyscy obwiniali mnie o jej „chorobę” ze względu na moje „magiczne praktyki”, a także wpajali jej strach przed Szatanem…

Z czasem – ja zatraciłam niećwiczone zdolności – nie widziałam już nic „bezintencjonalnie”. Musiałam dokonać aktu woli, by widzieć, później zarzuciłam całkiem te praktyki.

Złożenie wszystkich tych czynników spowodowało, że moi rodzice zdenerwowani tym, że nie przyszłam na noc do domu – wyrzucili mnie mówiąc, że nie mam już gdzie wracać. Moja babcia dalej wsączała truciznę w ich umysły obwiniając mnie za wszystkie ich nieszczęścia.

Zostawiona sama sobie – nie radziłam sobie najlepiej z życiem… Szukałam mieszkania – udało mi się zatrzymać u przyjaciół.

Dałam się pochłonąć imprezom, wyjazdom, kontaktom z mężczyznami (ściślej – niedojrzałymi chłoptasiami), które zaprowadziły mnie w długi.

Nie układało mi się dobrze – szukałam wsparcia i podwindowania mojej wartości – toteż trafiałam na kolokwialnie ujmując „skur…li”. Skupiona na poczuciu braku mogłam przyciągnąć jedynie osoby, które wywołają we mnie go WIĘCEJ.

Przeżyłam różne nieprzyjemne doświadczenia, a ludzie dalej nie rozumieli mnie, a ja byłam samotna.

„Dobry duszek” splamił się swoimi wyborami, lecz zaznał ich smaku głęboko… A to nigdy nie idzie na marne.

Cóż – potem po kilku latach (gdy miałam już całkiem inne życie) komornik zapukał do mnie żądając kilku tysięcy złotych. Przez kilka lat miałam „dobrą zabawę” ze spłacaniem tego – odmienione pojmowanie świata zmotywowało mnie do tego, by „zapłacić konsekwencje swoich wyborów”… Jednak – wybiegam zbyt do przodu.

Jeżeli chodzi o duchowość – kwestia ewoluowała we mnie. Z okultyzmu zainteresowanie przeszło na elementalne pogaństwo, Wicca i podobne kierunki… Powolutku zaczęłam „wracać do korzeni”, a moja skołatana psychika uspokajać się.

Zainteresowałam się procesami czarownic, historią. Zaczęłam bawić się w wyjazdy w klimacie „rekonstrukcja historyczna”, co spowodowało zmianę środowiska i delikatną stabilizację. Spotkałam nowych ludzi.

Dalej szukałam w dość głupi sposób miłości – próbując „rzucać zaklęcia”… cóż – i takie doświadczenie może być potrzebne. Nie umiałam znaleźć zasobu piękna i miłości w swoim wnętrzu.

Zafascynowałam się legendami arturiańskimi, wróciłam do zamiłowania czytania. Zaczęła się z powrotem budzić wrażliwość. Dalej  topiłam smutki w alkoholu (tym razem zamiast w piwku z pubu w miodzie pitnym z historycznego kufla). Jednak zaczęłam z powrotem analizować te pytania, które zadawałam sobie w dzieciństwie.

Trafiłam na magię enochiańską, zaczęłam wgłębiać się w tematy anielskie. Postanowiłam odświeżyć swoje stare zdolności i… poszukać w „eterze” odpowiedzi na nurtujące mnie pytania.

Nauczywszy się odpowiednich technik mentalnych (co przyszło jak zwykle szybko i łatwo) zaczęłam wołać. Moim pierwszym obiektem ratunkowym, którego „wezwałam” do pomocy był Michael, którego dobrze pamiętałam z czasów religijności w dzieciństwie.

Otrzymałam odzew i… od tego czasu wszystko zaczęło się zmieniać, bo moje najcenniejsze z narzędzi, którym jest UWAGA w końcu zostało skierowane we właściwe miejsce – na SIEBIE samą.

Mając lat około 20-stu zapoczątkowałam przygodę z samoświadomością, zaczęłam odkrywać to, co najważniejsze – tajniki własnego wnętrza.

Będę kontynuować opowieść, a później podzielę się konkluzjami.

Mam nadzieję, że ta historia komuś się na coś przyda, może ktoś odnajdzie  podobieństwa do własnej…?

Pozdrawiam i zapraszam do refleksji o WŁASNEJ historii, która może dać Wam podwaliny mądrości DZIŚ – większe niż wszystkie pisane źródła…

 

Serafinek

obrazek: Diabeticartist – DeviantArt

 

 

 

Serafinek

Nie przywiązuj mnie do żadnej z przedstawionych tu tożsamości, gdyż i ja nie jestem do nich przywiązana. Wybieram je ku uciesze z Życia. Jeśli chcesz eksploruj to wyjątkowe przejawienie boskości we mnie, by dogłębnie zbadać swoje. „Kim jestem? Zapytałam siebie. Istnieniem? Marzeniem? Boskim tchnieniem? Nie… JA jestem PŁOMIENIEM.”

5 KOMENTARZE

  1. Tylko osoby bardzo wrażliwe,delikatne ale też zdolne i ciekawe świata mają takie wspomnienia.Na dodatek zaznały niedostatku materialnego i wsparcia rodziny,która nie bardzo radzi sobie z tak wyjątkowymi dziećmi.Bardzo mi się podobało i bardzo pomogło.Zrozumiałm,że mając podobną osobowość popełniamy podobne błędy.I cały czas walczymy,nie tracąc nic z delikatności i wrażliwości.

  2. Tak-jakbym czytała własną historie-z dwoma wyjątkami:nie widziałam aury i ,,postaci” i nie u czyłam sie grac na gitarze-nie byłoby u nas pieniedzy ani na gitarę ,ani na naukę gry na niej.Reszta,no oproczchorej siostry-to jakby moja spisana przeszłość…..Pozdrawiam .Izabela

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here