Uśpione demony, szkodliwe programy, zanieczyszczenia sumienia innych ludzi… One budzą się do życia i rosną w siłę kiedy doznają spotkania z osobą działającą czysto, bezsprzecznie w zgodzie z sobą?

Dlaczego tak jest? Skąd ta siła oporu dla Ciebie, rodzącego się w tym świecie?

Działając w zgodności, pełnej stuprocentowej wewnętrznej zgodności, całkowitej koherencji serca, ducha i umysłu, czystości intencji (i nie ważne w jaki sposób działasz, ważne, że robisz to, co czujesz, że masz robić, nie chodzi o taką zgodność z jakimiś ogólnie przyjętymi zasadami [!]) stajesz się dosłownie „ręką Boga”, „głosem Boga”… Stajesz się palcem Wszechrzeczy, która ustawia wszystko na właściwe miejsca.

Jeśli więc są gdzieś jakieś zanieczyszczenia, niezgodności, szkodliwości (jak programy), wewnętrzne „demony” – one wszystkie – poprzez siłę samej Twojej obecności zapragną WYJŚĆ.

Po co?

Z trzech (przynajmniej mnie znanych tylko trzech) powodów.

  1. Dzięki świadomej obecności osoby i zgodności w działaniu – budzi się tęsknota Duszy tych „drugich” osób do takiej obecności i zgodności. Te ukryte w nich „demony” wznoszą się na wierzch, by ODEJŚĆ potem. To jak gotowanie zupy: szumy, nieczystości wychodzą na wierzch dopiero, gdy PODGRZEJEMY mocno, a wtedy możemy je zebrać. Poniekąd takie „wyjście na wierzch” UWIDACZNIA i daje możliwość uświadomienia sobie o (często zapomnianym, głęboko zakopanym) problemie. Bo… co z tego, że nie widzimy wilka w lesie, jeśli i tak tam jest?
  2. MY mamy czegoś się nauczyć o życiu. Być może o sobie… A być może SAMI przyciągamy do siebie „testy” bycia konsekwentnym w BYCIU SOBĄ… Bo jesteśmy przez Siebie/Wszechświat/Boga/Życie STALE szlifowani, jak diamenty – uczymy się żyć będąc najbardziej czystym, krystalicznym obrazem SAMYCH SIEBIE w materialnym świecie.
  3. Równowaga – musi być obecna zawsze i wszędzie, toteż czystość będzie równoważona swoim przeciwieństwem.

Dodatkowo – akcja (zgodnie z prawem fizyki) zawsze rodzi reakcję o równej sile. Opór zawsze jest równy sile parcia do przodu, teoretycznie ma być (napotkana życiowa trudność) niemożliwa do pokonania – CHYBA, ŻE sami się rozwiniemy, poszerzymy… zwiększymy naszą siłę.

Właśnie tak zaobserwowałam, że to działa. Na tym polega rozwój. Opór jest potrzebny, by rozwój istniał, a „wyzwolenie demonów” jest niezbędne by odeszły.

Dlatego niezależnie od napotykanego oporu – warto uczciwie i konsekwentnie POZOSTAWAĆ SOBĄ, w zgodności wnętrza.

Zaznaczam, że to MOJE doświadczenie, być może, że u Was będzie inaczej, gdyż każdy ma inną funkcję w „organizmie Wszechrzeczy”, inne miejsce. Ja działam troszkę jak narzędzie czystki, pierwiastek zmiany – tej trudnej, holistycznej – osób w całości. Oczywiście nie dzieje się to zawsze. Dzieje się to jedynie tedy, gdy JA, faktycznie JA, moja Dusza jest w pełni obecna i przejawia się przez czyny…

Czyżbym wybrała sobie trudną drogę…? A może „każdy tak ma”?

Póki co – pozostaje to dla mnie w sferze niepewności, zwłaszcza, że nie tak łatwo na co dzień spotkać, wyczuć osoby wewnętrznie zgodne, obecne i odważne na tyle, by być STUPROCENTOWO sobą.

Sama  zatracałam nieraz zaufanie w SIEBIE. Czy to np. na skutek dosłownych gróźb utraty życia: gdy usłyszałam nie po raz pierwszy z ust mojego PRZYJACIELA (dlatego to tak bardzo wyraźne, tak wyraźne kiedy jestem SOBĄ) „Zabiję Cię”, a następnie spadłam z kondygnacji schodów… Przestraszyłam się zadziałać w pełni zgodnie z sobą – czyli wstać z godnością i powiedzieć do końca co miałam do powiedzenia… Zamiast tego uciekłam.

Co prawda wróciłam potem i dalej z nim współdziałam (mamy wspólny ważny cel, dodatkowo, w świadomości osoba ta prosiła mnie o pomoc w pokonaniu trudnych mocno zakodowanych niszczących dla niego przekonań). Praca trwa, osoba staje się coraz bardziej świadoma, niekiedy dumna z siebie… Jednak dalej bywają trudne chwile, czasem dalej jeszcze demony trudnego dzieciństwa (osoby) wychodzą. Można powiedzieć, że każda interakcja, gdzie zachowuję się JAK JA jest dla mnie ryzykiem, ale podjęłam się tego, więc nie potrafię, nie chcę przerywać niedokończonej pracy. Na przestrzeni kilku lat widzę coraz głębsze zasymilowanie u wspomnianej osoby uniwersalnych praw – choć dalej praca przed mną, bo zostały jeszcze punkty, gdzie osoba twierdzi, że „nie ma rozwiązania”, obwinia kogoś (lub mnie) o swój los, zapomina, że odpowiedzialność mamy PEŁNĄ za wszystko, czego dokonaliśmy.

Kiedy indziej bałam się np. konsekwencji „systemu” choćby w kwestii szczepień dziecka, jednak poszłam konsekwentnie swoją drogą i… jest dobrze, a dalej – zobaczymy co się stanie.

Bałam się raz, słysząc pogróżki (i będąc jako osoba ciężarna uderzona w brzuch) wezwać policji – stchórzyłam. Następnego dnia jednak nauczona doświadczeniem, przy podobnym doświadczeniu od strony osób z dnia wczorajszego – zrobiłam wszystko co potrzeba. I zaczęło się oczyszczenie dla tych osób, widzę to.

Dlaczego zostałam zaatakowana? Dlatego, że w zgodzie ze mną była obrona swoich własnych praw. Zwróciwszy jednak spokojnie uwagę na to, co osoby robią niewłaściwie – wzbudziłam w nich SAMYM SŁOWEM, spokojnym, pełnym opanowania – agresję. Agresję, wulgarność, obelgi… BEZ POWODU. Osoby poniosły konsekwencje swoich działań. Ja jestem zdrowa, uderzenie zresztą nie było mocne.

Wszyscy, łącznie z moją rodziną, absolutnie wszyscy zostawiali mnie w trudnych sytuacjach samą, BEZ choćby wsparcia psychicznego uważając, że „powinnam się zamknąć”, jak oni -pracować w pocie czoła ku chwale „systemu” i załatwiać wszystko „jak się należy”, nigdy nie zadzierać, chylić czoła przed plugastwem, a od źródeł przemocy uciekać.

Kiedy mówią mi ludzie: „nie kupuj jedzenia temu bezdomnemu”, ale czuję, że powinnam – robię to.

Kiedy mówią – „zostaw tą sprawę”, ale ja czuję, że stałabym się obrzydliwa we własnych oczach, gdybym jej nie tknęła – co mam wybrać?

KOMFORT? Komfort czy SIEBIE?

Mam uciekać przed bólem…

A kiedy ja nie mogę? Kiedy robię tak, kiedy akceptuję zbyt wiele (choć akceptuję, że wszystko jest potrzebne i nie bez przyczyny), ale chodzi o taką akceptację przesadną, wyrażoną w ignorancji zadziałania w czystości serca, zgodzie z sumieniem… czuję jakbym straciła WSZYSTKO.

Zatracam siebie, jestem w Piekle. Tu, teraz. Nie wierzę w diabła, szatana, ani „siły zła”. Uważam jednak, że rezygnacja z siebie samego na rzecz czegokolwiek, jest jak „zaprzedanie duszy”. Jedno mogę powiedzieć o sobie z dumą: choć gubię się często – jestem człowiekiem sumienia.

JA MUSZĘ kiedy jestem sobą mówić, wyrażać DOKŁADNIE, co uważam, czuję, myślę – nic innego.

JA MUSZĘ stawiać czoła „trudnościom”, bo inaczej zatracam swój rdzeń.

Jestem „wrażliwym poetą – wojownikiem” – tak można by było to określić…

Moje życie jednak ma WIELE barw… Mimo młodego wieku, mimo braku przeczytanych stosów ksiąg, czy wykształcenia w jakkolwiek powiązanym kierunku – mogę faktycznie pomagać, mogę pisać czasem bardzo wartościowe teksty, ale nie będące wyrazem mojej interpretacji jakiejś tam filozofii, ale własnego wnętrza.

Może niezbyt dobrze wiem, co to spokój – no chyba, że mówimy o spokoju sumienia… :), jednak DOŚWIADCZAM intensywnie i głęboko. Moimi upadkami są te, w których JA rozpływa się, zanika (ale nie w ten pozytywny, intencjonalny sposób) zostawiając miejsce dla lęku, zmartwień, wycofania z „tej drogi”, którą przecież wyraźnie widzę, której moje serce dosłownie pożąda. 

Innym pokazuję bardziej oblicze szczęścia – staram się dzielić tymi „wyżami” mojej osoby. Co prawda ostatnio zdarza się mi coraz częściej wspominać o „cieniu”, jednak w sposób enigmatyczny – bo po co wdawać się w szczegóły? Każdy i tak ma „swoje” do przeżycia, przerobienia, doświadczenia…

Dziś zachciało mi się podzielić czymkolwiek, ale to tak czy inaczej „wezwana” impulsem, dobrze znanym mi impulsem Ducha, który objawia się poczuciem wzniesienia i ciepła w okolicy serca i otwartością, czystością w okolicy głowy 🙂 (taki mały „tip” dotyczący „prowadzenia Duszy”). Zanim cokolwiek robię intencjonalnie (nie impulsowo, z pływem) – najpierw WCZUWAM SIĘ w potencjał działania – mój umysł często „otrzymuje” wizualizację, zobrazowanie „co będzie” jeśli tak zrobię (oczywiście jeśli się boję – strach paraliżuje te zdolności)… Czuję także, czy dane działanie jest ze mną zgodne.

Zwykle tak wybieram – choćby dla umysłu było to co najmniej „dziwne”…

ZWYKLE. Zwykle, bo nieraz nie… Nieraz popadam w panikę, nieraz zawierzę radom, czy też szeptom umysłu chcącym „obronić” mnie przed potencjalnym zagrożeniem, które przecież NIE ISTNIEJE.

Bo czymże jest ból, czymże jest zagrożenie? W życiu, w którym liczy się doświadczenie, doświadczenie samego siebie. Co mi zostanie, jeżeli to stracę? Hologram? Hologram myśli? A może TEN świat, wykreowany, przez nie wiem kogo…? Wolę iść własną choćby samotną ścieżką, budząc demony, będąc zapalnikiem, jeśli mam być.

Paradoksalnie ręka w rękę z moim przyjacielem – choć odległym, jednak najbliższym – tym „oprawcą”. Może błędnie, ale odczytane zostało, że mam do czynienia  z Napoleonem, Aleksandrem Wielkim… z poprzednich wcieleń. Liczba mistrzowska, więc niby ma „karmiczne długi”… Nie wiem czy ma tu jakaś zaległa karma znaczenie? Nie wiem, nie znam się tak dobrze na mechanizmach „wcielania się” – zresztą któż z nas jest w stanie na 100% to sprawdzić?

Cóż – może przyciągnął mnie, by się oczyścić? A ja jego? Wiem jedno – wiem, że mam zamiar pozostawać, BYĆ sobą, niezależnie od ceny, którą i tak płaci się ZAWSZE.

Wolę tą za zgodność i jej cenę niż konsekwencje niezgodności z własnym sumieniem.

A ja? Moje wcielenia? Cóż – znam ich kilka, kilka z nich jest interesujących, jest także jedno znane, ale chyba nie mam chęci tym się dzielić… Bo i tak ważniejsze jest to, co dzieje się TERAZ.

Cóż – dość tych prywatnych dywagacji. Czas skupić się na DZIŚ. Na radości z codzienności, bo nauczyłam się, by KOCHAĆ TERAZ, bo wiatr „później” może przynieść burzę. Lepiej uzbroić się w siłę rozkoszując punktem bieżącym, czerpać miłość garściami, sycić się nią. Sycić się „światłem”, by móc być sobą, gdy nadejdzie „cień”.

Jeżeli macie podobnie, jak ja – i na skutek zwyczajnie „bycia sobą” wywołujecie wilka z lasu – moją najlepszą radą jest taka: czerpcie z dnia dzisiejszego i wiedzcie, że życie nie ma końca. Zaufajcie, że mądrość Ducha Was poprowadzi i nie słuchajcie innych w kwestiach życiowych decyzji – chyba, że te rady wzbudzają w Was faktyczne poczucie zgodności.

I tak jak ja: nie ważne co było wczoraj, nie ważne czy było pięknie, czy przeżywaliście koszmar: DZIŚ słuchajcie muzyki istnienia, czujcie ciepło słońca, wąchajcie najpiękniej pachnące kwiaty.

Nie dla Was życie stoika.

 

Z pozdrowieniami dla wszystkich stoików, wszystkich, którzy kochają „życie ZEN”, ale nade wszystko dziś dla takich „zapaleńców” jak ja.

Serafinek

 

 

 

3 KOMENTARZE

  1. Hej, widzę że nie jestem sama, w tym „wracaniu do siebie” na pełnej petardzie. Pełna petarda mam na myśli nie tylko „uzdrawianie” obecnego życia, ale i wgląd w to co było w przeszłości karmicznej. Tak naprawdę to się ucieszyłam że nie jestem w tym sama, bo ostatnio mam wrażenie że nikt mi nie wierzy, ale co mam zrobić jeśli moja Dusza chce bym miała ten wgląd – widocznie jest mi do czegoś potrzebny….szkoda tylko że wiele osób uznaje mnie przez to za wariatkę… No cóż… i takę rolę przyszło mi zagrać. Blog jest bardzo ciekawy, podoba mi się, wczytałam się dzisiaj i nie mogę oderwać wzroku. Dzięki bardzo. 🙂 pozdrawiam

    • Cieszę się, że się przydaje 🙂 Co prawda artykuły w bardzo różnych chwilach pisane – niosą różne prawdy i emanują różnymi nastrojami. A Ty pamiętaj zawsze: wszystko jest właściwe, potrzebne, wszystko, z czym czujesz zgodność ma prawo być Twoim doświadczeniem. A „inni” to inni – zawsze będą jakieś słowa, zdarzenia, które będą miały za zadanie rozproszyć Cię od prawdy wnętrza byś była w niej jeszcze silniejsza. Pozdrawiam

    • Witajcie Drogie Panie.
      Nie przypadkiem ponownie wróciłam do blogu Serafinka, a przechodząc przez poszczególne artykuły, trafiłam na ten bardzo szczery i prawdziwy. „Demony” uaktywniają się u mnie częściej niż kiedykolwiek. Im większa świadomość, tym więcej rozterek. Basiu, Ciebie ktoś uważa za wariatkę? Mnie za niezrównowazoną, za osobę „w kratkę” i zrobił to mój partner. Od ponad 24 godzin mam świadomość, że przyszedł kres, po „akcji ” i „reakcji”… ale mam w sobie jakiś nieprawdopodobny spokój, nie lękam się. Po raz pierwszy od wielu miesięcy czuję, że jestem w zgodzie ze sobą. Tu i teraz. Kocham go, ale zapragnęłam ukochać siebie. Ściskam

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here