Kiedy nasycisz się już biegiem – biegiem dokądkolwiek: sukcesu, pieniędzy, jakiś wytycznych społecznych, czy też nawet… oświecenia zauważysz coś ważnego.

Nie ma żadnej różnicy między wyżej wymienionymi. No – niby „target” inny, ale wygląda to generalnie tak samo. To wszystko dalej ten sam „typ” doświadczenia do przerobienia. Mam na myśli: doświadczenie płytkie, pobieżne – NIEESENCJONALNE.

I wcale nie jestem przeciwnikiem działania szybko. Wcale nie uważam, że powinniśmy prowadzić bezcelowe, hippisowskie życie spędzone na nieintencjonalnym kręceniu się „to tu, to tam”.

Nie uważam pieniędzy, czy wiedzy za coś złego.

Wszystko to jest jak najbardziej dobre, a raczej… neutralne.

Warto jednak zdać sobie sprawę, że:

  • Nie ma przecież jednorazowego oświecenia, które zrobiłoby nam „pyk i już” – życie, istnienie to doświadczanie, bez przerwy.
  • Sukces zawodowy, czy finansowy jest sam w sobie pusty.
  • Spełnianie społecznych wytycznych i „bycie fajnym” w dowolny sposób, w klasyfikacji dowolnej społeczności także tak na prawdę NIC NAM NIE DAJE.

Wszystko to pył, pustka, nic… no może nie całkowicie nic. To wszystko doświadczanie pędu, doświadczanie spłycenia. Potrzebne jest nam, by poczuć „zapotrzebowanie” na głębię i zrozumienie jej prawdziwej wartości.

Sens doświadczeniom nadajemy sami.

Głębia płynąca z pasji, głębia płynąca z miłości… niezależnie jakiego rodzaju jest jedyną wartością.

Chodzi tak na prawdę by nauczyć się esencjonalnie doświadczać.

TO jest bogactwo. TO jest (wiecznie rosnące, pogłębiające się, nieskończenie wspaniałe w swojej możliwości wiecznego przeżycia i dostrzeżenia „więcej”) oświecenie.

Jedynie TO jest cokolwiek warte.

Ważnym stwierdzeniem jest także to, że esencja ta jest dla nas możliwa do zaczerpnięcia dopiero w uważności. Uważne istnienie otwiera nam oczy na istotę doświadczeń.

Jak jest w moim przypadku?

Cały czas odkrywam życie i uczę się go. Zauważyłam, że gdy „rozpędzę się” albo zgubię w czymś i tracę tą właśnie esencję, to cierpię. TAK, wtedy dopiero prawdziwie cierpię.

Moja dusza w bólu woła: nakarm mnie! – a to boli bardziej niż dowolne tzw. bolesne doświadczenie.

Bo ból sam w sobie jest tak samo dobrym pokarmem ducha jak każde inne doświadczenie, jednak cierpienie wynikające z tęsknoty za sobą, wynikające ze spłycenia doświadczenia faktycznie zabija. Literalnie. Wywołuje ciągły stres na ciele, które obrazuje autorepresję, którą praktykujemy.

Bo przecież… gdy jesteśmy naturalnie sobą ta głębia staje się czymś naturalnym. To przychodzi samo.

Chodzi tylko, TYLKO o esencję. Chodzi o to jak głęboko w doświadczeniu jesteśmy. Chodzi o faktyczne zgłębienie i „wczytanie się” w tą swoją historię, którą przeżywamy. Strona po stronie.

Nie ważne jaka ona jest – nie ważne o czym. Na wybór treści samej w sobie przyjdzie czas, gdy nauczymy się samych SIEBIE doświadczywszy esencjonalnie różności istnienia.

Teraz ważna jest esencja sama w sobie. Samo w sobie nauczenie się – a właściwie zechcenie tego, by doświadczać głębiej, jakościowo.

Samo zechcenie już sprawi, że proces zacznie mieć miejsce.

Doświadczywszy głęboko karmimy ducha.

Doświadczywszy głęboko nie potrzeba nam tylu powtórek.

Doświadczywszy głęboko dokonamy doskonalszej selekcji tego, co chcemy faktycznie, świadomie wybrać jako „JA”, wybrać jako życie dla siebie.

Nauczywszy się głęboko BYĆ w dowolnym doświadczeniu, głęboko je CZUĆ – pojmiemy których doświadczeń teraz nam potrzeba, a to z kolei da nam praktyczną naukę świadomej kreacji.

I nie potrzeba do tego ŻADNYCH technik, ŻADNYCH akcesoriów, ŻADNYCH przewodników.

No – oczywiście, że można używać technik, narzędzi, korzystać z rad przewodników.

To jednak tylko doświadczenie na drodze do największego skarbu: siebie.

Gdy dotkniemy siebie i swojej głębi zaczniemy pragnąć podobnego nam, godnego NAS doświadczenia.

Zrozumiałam to sama gdy doceniłam siebie, objęłam swoją wspaniałość. I nie – nie chodzi o samouwielbienie, ale o dostrzeżenie jak pięknym jest istnieć, jak pięknym jest być… a także, jak pięknym jest być osobą. 

Doceniłam wszystko, całość: wielowymiarowość doświadczania, piękno posiadania „ja”, osobowości, ale i cudowność nici łączącej wszystkie istnienia w jedno.

Wszystkie wymiary zachwyciły mnie:

piękno odrębności i osobność – umożliwiająca faktyczne wychwycenie i zgłębienie czegoś, ale tak samo wspaniałość Wszechrzeczy, będącej tak na prawdę jednym Wielkim Organizmem.

Wszystkie rodzaje emocji, wszystkie „gęstości” istnienia.

To co ulotne i to co trwałe…

WSZYSTKO to zachwyciło mnie i uwielbiłam to… esencjonalnym doświadczeniem.

Bo cóż innego mamy od doświadczenia?

„Jesteś miłością” – znane stwierdzenie. „Jesteś Wszechświatem w działaniu” – także często się spotyka.

TAK, jest tak, stale. Czy jednak stale sami widzimy to przejawione w naszym życiu?

Jest to możliwe, gdy lepiej zrozumiemy SENS, GŁĘBIĘ, ESENCJĘ doświadczeń.

Nadajemy natomiast doświadczeniom sens poprzez przyprawienie wszystkiego swoją wyjątkową nutą bycia – swoją osobą.

Poprzez skupienie i selekcję uczymy się modlitwy życiem czy też wiecznej kontemplacji a po mojemu: grania swojej melodii pośród nieskończoności dźwięków, którymi jest Wszechświat, Życie.

Dla mnie nie ma Boga, do którego idę, czy też celu do którego dążę.

Dla mnie nie ma „przejścia”, zbawienia, oświecenia.

Ja upatruję tego wszystkiego JUŻ. JA JUŻ jestem Bogiem/w Bogu, ja jestem Jego/swoim celem. Ja JUŻ DOŚWIADCZAM nieba – jakimkolwiek by nie było.

Dla mnie nie potrzeba więcej, choć mam pragnienia. Dla mnie wszystko jest już doskonałe, choć dalej dążę, odkrywam, osiągam…

Ja sycę się i karmię wszystkim, a w nienasyceniu także znajduję osobliwy karmiący mnie smak. W doświadczeniu teoretycznego braku czegoś także widzę piękno. Piękno możliwości odczucia tęsknoty.

Zatrzymawszy się i zrozumiawszy, że wszystko jest jak powinno być i zakochując się w DOŚWIADCZANIU po prostu… dostajemy NIEBO gdziekolwiek jesteśmy.

I nie zabiera nam to pasji, nie zabiera wielowymiarowości. Nie jest to także „niskie” czy „nieduchowe”, raczej przeciwnie – takie życie staje się ucieleśnieniem duchowych nauk.

PASJA JEST TAM, GDZIE ESENCJA, a tam gdzie pasja są kolory życia.

 

Serafinek

2 KOMENTARZE

  1. Tak..ładne może zbyt ładne….uroda słów,umysł się cieszy,ostatnio wszędzie słyszę o „doświadczaniu”jako sposobie na ból samotności i poradzeniu sobie z nicością której umysł nie akceptuje…Tak zgadzam się nic więcej nie mamy…..

    • Ból to doświadczenie, po prostu – nie jest natomiast „doświadczanie sposobem na ból”. Nie o to chodzi by szukać czegoś, by złagodzić ból, a raczej, by ból zaakceptować, a może nawet… pokochać? 🙂 Znajdując samego siebie (wiem, wiem, że brzmi sloganowo, ale tak jest) i pokochując siebie w doświadczeniu: radosnym, smutnym, bolesnym – dowolnym odnajdujemy spokój i radość niezależnie od tego, co się dzieje. Sądzę, że lepiej chwycić chwilę niż myśleć o nicości. Mamy wszystko i nic zarazem. Codzienne doświadczenia uczą miłości do każdej sekundy, tak jest przynajmniej w moim wypadku. Owszem – droga jest kręta, ale czy życie smakowałoby bez zróżnicowania barw?

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here