Przerost ego – to moim zdaniem koncept błędny. Nie możemy „przerosnąć” jeśli jesteśmy sobą. Ten „przerost” to jedynie odbiór innych JA (ego) dotyczący naszej osoby.

Jedyne, co może być „przerośnięte” (jeśli w ogóle można używać takiego stwierdzenia do osoby) to schematyczne działania, kody, przekonania nie zgodne faktycznym JA.

Działanie oparte na „muszę”, „trzeba” zamiast na „czuję”.

Prawdziwe JA, czyli nasza dusza jak kto woli – osobowe przejawienie boskości po prostu manifestuje się, przejawia. Ono doświadcza, odkrywa siebie.

Polega to między innymi na coraz głębszym rozumieniu swoich poddomen: umysłu, ciała, emocji… Wszystko to puzzle, które osiągnąwszy połączenie – zgodność tworzą to czym rzeczywiście jesteśmy.

Schematy, programy, uwarunkowania („trzeba”, „muszę”, „nie ma dość”, „tak jest dobrze, a tak źle” i inne tego typu hasła) odpadają od nas same z czasem, z doświadczeniem.

One wszak są jedynym, co można nazwać „przerośniętym” na nas.

Działając jednak wedle: czuję – zawsze wszystko jest w porządku, choćby nie wiem jak przesadnie epicko wyglądało nasze działanie.

Jeżeli ktoś nie potrafi tego zaakceptować prawdopodobnie nie zaakceptował swojego ego… czyli SIEBIE. Wtedy możemy usłyszeć najróżniejsze sugestie, które będą miały na celu uciszenie nas, „zmniejszenie” tego czym jesteśmy by dorównać osobie, której się nie podoba nasze przejawienie.

Dorównać, zmniejszyć… To może brzmieć jakby druga osoba była gorsza. Nie jest tak i nie to mam na myśli. Chodzi o to, że będąc sobą, akceptując pełnię (wszystkie swoje odsłony, emocje i stany, wszystko co składa się na nas) stajemy się pełną jednostką.

Osoba, która wyrzuca coś, boi się samej siebie jest w pewnym sensie przez samą siebie okaleczona, niepełna. 

Ból odczuwania się w ten sposób może spowodować podświadomą chęć, by inni zrównali poziom.

„Skoro mnie boli i ja wyrzekłem się siebie, to TY też tak musisz zrobić! Inaczej uznam, że masz przerost ego!” – tak to można by było zobrazować.

Oczywiście – nie jest tak zapewne w każdym wypadku. Chodzi mi jedynie o pokazanie czegoś.

„Nie realizuję się, więc ty też się nie realizuj”

„Tak ciężko pracuję na oświecenie, a ty mi tutaj śmiesz być po prostu sobą obok mnie”

czy wiele innych opcji.

Różnie można ukazać to, jednak zawsze chodzi o to samo.

Osoba, która uniża samego siebie nie działając w wewnętrznej zgodności, nie słucha prowadzenia intuicji, czy pogrążona jest w ciągłej analizie i wątpliwościach (podkopywanie JA, uniemożliwienie sobie manifestacji i swobodnego bycia sobą bez oceny) jest w ogromnym bólu. Nieświadomie bardzo krzywdzi siebie dokonując autorepresji.

Co jest jej źródłem?

– lęk przed brakiem akceptacji otoczenia

– traumy i poczucie niskiej wartości (np. mające źródło jeszcze w dzieciństwie)

– stawianie innych osób ponad sobą (a przecież każdy jest tak samo ważną odsłoną wszechrzeczy – naturalnym więc jest skupienie się najpierw na sobie)

– przekonanie, że możemy komukolwiek zaszkodzić będąc sobą (nic bardziej mylnego! jedyne co możemy rzeczywiście zrobić to zburzyć poczucie komfortu, który nie idzie w parze z naturą wszechświata – ciągła zmianą, ruchem, rozwojem… wybijając ze strefy komfortu możemy tak na prawdę jedynie POMÓC!)

Często osoby, które nie akceptują innych JA, innych osób cierpią na coś co nazwałabym skuleniem w sobie – niedostatek aktywnej siły yang. Potrzebny jest wgląd i ekspresja w równowadze. To składa się na pełnię bycia.

Jeżeli dostatecznie długo będziemy żyć w autorepresji nastąpi gwałtowne przekształcenie się energii – wszystko co tamowane wyleje się nie pozostawiając nam krzty samokontroli. Równowaga we Wszechświecie zawsze jest zachowywana , niezależnie czy jesteśmy tego świadomi, czy nie, czy zgadzamy się na to czy nie.

Oczywiście – takie doświadczenie też skończy się dobrze. Po burzy wyjdzie słońce – głębsze zrozumienie siebie, toteż nie ma się czym martwić – poznanie siebie to proces nieuchronny.

Niczym złym także nie jest zauważenie: „hmm możliwe, że sam przedstawiałem taką postawę”. Przecież przyznanie się do „błędu” i akceptacja pewnych wzorców zachowań jest zaczątkiem zmiany.

Między innymi na własnym przykładzie piszę ten tekst. Przecież nie mogłabym szczerze wypowiedzieć się w materii, której nie doświadczyłam. Autorepresja i brak asertywności, lęk przed uznaniem za „świra”, czy powątpiewanie w własne odczucia były także i moim problemem.

Dzięki temu doświadczeniu lepiej mogę rozumieć samą siebie i innych, więc nic w tym złego.

A co było bodźcem do mojego „wybudzenia się” z tego stanu?

Otrzymałam sugestię, że coś co czuję bardzo głęboko jako samą siebie, coś co jest tym, co uważam za najpiękniejsze przejawienie mnie jest jedynie objawem rozbujanego ego. To było bardzo cenne doświadczenie.

Potrzeba egzaltowanej ekspresji oraz dzielenia się swoimi duchowymi wartościami i przeżyciami to coś bez czego mojej osoby nie ma. Nie mogąc tak się przejawiać popadłabym w depresję, być może myśli samobójcze – całe szczęście, że wiem co to oznacza. Oznacza to mianowicie zaprzeczenie sobie, tak mocno zadawany sobie ból, że nie możemy go wytrzymać.

Lekarstwem jest uwolnienie siebie.

Dlatego, jako, że nie mogłam wyrzec się także tej jakości, więc nastąpiła we mnie rewolucja: chaos, a potem zrozumienie, że JESTEM tym, kim jestem, a nieskrępowane przejawianie się to moje zobowiązanie wobec samej siebie.

Nie można patrzeć na to jak inni nas odbierają i dla ich komfortu tłamsić i tłumić siebie.

Kiedy zaczniesz osądzać kogoś, że ma przerost ego – niech będzie to dla Ciebie alarmem. Uznaj to jako sygnał, że jest coś, czego nie akceptujesz w sobie. Wejrzyj w siebie i zobacz – może nie ucieleśniasz w pełni tego, co kochasz? Zobacz, czy twoje działanie, słowa idą w zgodzie z tym, co uwielbiasz. Czy realizujesz samego siebie TU, na świecie, w tym „zwykłym” życiu? A może boisz się dokonać pełnej ekspresji nie chcąc krzywdzić innych bądź bojąc się ruiny w życiu?

Pamiętaj, że ruina to nic innego, jak zmiany – nie bój się ich. Nie warto być przywiązanym do jednego określonego stanu rzeczy, gdyż takowy nas wiąże, zniewala, krępuje.

Weź głęboki wdech i… bądź sobą. Szczery w swojej ekspresji, nie wstydź się żadnego z oblicz i baw się życiem. Bo przecież po to tu jesteśmy – by czerpać z interakcji z innymi odsłonami nas radość i pokarm ducha jakim jest doświadczenie.

Miejsce jest na wszystko: zgłębianie istoty jedności, ale i zabawa własnymi, tymi osobowymi reakcjami na życie.

Nieco dystansu i do dzieła! Nic nie „trzeba”, nie ma musu, ani wytycznych do bycia „dobrą osobą”.

Bo przecież pojęcie co jest „dobre”, a co „złe”, niefajne to… domena ego.

Nikt nie jest bardziej oświecony – każdy jest inny. Właśnie dzięki EGO, dzięki osobowości. I to jest w życiu piękne.

Niech JA stanie się Twoją świątynią, a nie piekłem do przeżycia. Niech rozpuszczą się podziały w nas – niech wszystko, czym jesteśmy stanie się jednością. Wtedy zajmiemy nasze miejsce we Wszechświecie.

Serafinek

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here