Prawda ma wiele poziomów i wymiarów.

Wiele – bo jak choćby to, że nieograniczona niczym boskość żyje w czasie doświadczając naraz tylko skrawka samej siebie.

Pomimo tego pozostaje zawsze całością.

Zauważywszy, że tak na prawdę najlepszym „rozwiązaniem na wszystko” jest autentyczność zaczynamy tak na prawdę ŻYĆ. Żyć i być sobą.

W pewnym momencie zaczynamy się zastanawiać o co w ogóle nam chodziło wcześniej z tym udawaniem, tłumieniem, lękowym powstrzymywaniem się, obawami i wątpliwościami.

Serce nie zna ograniczeń, ale nawet z poziomu umysłu, który tak lubi stawiać granice w pewnym momencie postawy braku autentyczności są… po prostu nielogiczne.

 

Bo po co żyć czymkolwiek innym niż sobą prawdziwym?

Po co egzystować udając coś skoro można smakować swojej duszy w nieskończoności odsłon i smaków?

Wszystkie (odsłony) zaczynają w pewnym momencie wydawać nam się wspaniałe i doskonałe. Doskonałe, bo nasze.

Bycie w zgodzie z sobą na wszystkich poziomach (ciało – umysł – duch (!)) staje się standardem.

Taki standard to moim zdaniem (ale i również w wyniku tego, co otrzymałam w przekazach od „wniebowstąpionych”/nieśmiertelnych/aniołów) początek na drodze realizacji Siebie.

To właśnie wniebowstąpienie… Niebo to bycie w namiętnym związku z sobą. Niebo to manifestowanie i smakowanie Duszy, która w boskim Ciele doświadcza.

Tak – to jest sedno tego, po co tu przyszłam. Po co przyszłam na TEN świat, w TYM wcieleniu.

Doświadczenie i podzielenie się sobą w tym procesie. W procesie urzeczywistniania – czyli pełnej realizacji siebie.

To wiem, zawsze to wiedziałam…

 

„Ostatnie wcielenie” to moim zdaniem nie takie poprzedzające wejście do tajemniczego wyższego wymiaru, czy stanie się boskim posłańcem bez ciała. To nie miałoby sensu, ani celu, bo dla kogóż to nasze „posłanie”…?

Żyjemy dla SIEBIE, a „ostatnie” wcielenie to takie, które urzeczywistnia się. To takie, w którym stajemy się AUTENTYCZNIE SOBĄ.

Na zawsze  – JAM JEST. Nieskończoność. Połączenie. „Ostatnie” staje się jednią z „pierwszym” i każdym innym.

Nie ma już śmierci,

chorób…

Bo znikają wewnętrzne walki.

W pełnej zgodności WSZYSTKICH aspektów i ucieleśnieniu ducha „wcielenie”, a właściwie tak na prawdę SAMOŚWIADOMA ISTOTA staje się tym, czym była zawsze.

 

Nieśmiertelnym Bogiem doświadczającym siebie.

Oczami Jaźni.

 

Rozpuszczają się wszelkie iluzje o niepotrzebności czegokolwiek.

Zauważamy, że zarówno esencja – dusza, serce, ciało, a nawet świat zewnętrzny są NAMI.

Wszystko dzieje się W NAS.

My natomiast jesteśmy widzeniem. Widzeniem i miłością, która wybiera doświadczenia dla siebie poprzez obserwowanie kontrastów.

 

Autentyczność zda się nam jedyną drogą w pewnym momencie.

Naturalność… bo PO CO w ogóle cokolwiek innego?

 

Jedyne czym mogę się podzielić jest moje doświadczenie, moje spojrzenie.

W mojej perspektywie widzenia całej sprawy „bycia sobą” i odnalezienia swojej autentyczności istotna jest kwestia relatywności i równoczesności czasu.

Choć oczywiście w naszej percepcji doświadczamy liniowo (i dobrze! dzięki temu możemy przeżywać życie, możemy odkrywać siebie) to w głębokim doświadczeniu zatrzymania zauważamy, że… wszystko dzieje się naraz.

Po prostu doskonałość Nas – Wszechświata umożliwia postrzeganie także z innych perspektyw.

Nie potrafię tego wytłumaczyć, choć zapewne wielu z Was doświadczyło tego silnego poczucia Siebie będącego nieśmiertelnym „Widzącym”…  Do mnie to odczucie przychodzi szczególnie silne, gdy zatrzymuję się w lesie, w medytacji lub po prostu robię sobie przerwę w spacerze czy rowerowej wycieczce i siadam… Wśród braci – drzew, daję się ukołysać.

Wiatr staje się moim oddechem. Przestaję czuć jakiekolwiek oddzielenie od istnienia.

Siła wibracji Ziemi pod stopami, promienie słońca… czasami deszcz. Uwielbiam obcowanie z Żywiołami. Sama wśród tych pierwotnych energii, sama wśród tych łagodnych świadomości roślin. Sama, ale mam wszystko.

 

Czuję i przenikam się z Życiem.

Wtedy właśnie to odczucie „pozaczasowości” staje się nieodparte.

Czasami przeciwnie – w pędzie – jadąc na rowerze lub motocyklu, pomimo zmieniających się wokół mnie obrazów przeżywam zatrzymanie we własnym wnętrzu. Obrazy stają się filmem… A moje odczucia, emocje i przeplatające się smaki spojrzeń z perspektyw różnych aspektów mnie także przepływają swobodnie.

Czasem moje widzenie jest jak delikatny, świeżo rozkwitający kwiat, a czasem jak chciwa życia, wiecznie niezaspokojona bestia.

To wszystko ja. Autentyczna ja.

Tylko umożliwiając sobie widzenie wszystkich swoich aspektów, całości istnienia, którym jesteśmy żyjemy pełnią. Pełnią swojej natury.

Wszystko jest tak niematerialne, lecz sensualne zarazem… Życie napędza się samo sobą, a udawanie staje się w pewnym momencie całkowicie obce…  Pozostaje tylko prawda, bo tylko ona faktycznie JEST. Suma doświadczeń, które mamy i to właśnie zatrzymanie – wgląd pokazują nam wyraźnie kim jesteśmy i umożliwiają dalsze, świadome wybory.

 

Niekiedy możemy odnieść wrażenie, że „świat nie pozwala nam być sobą”.

Ale to nie prawda.

To nasze przekonania nam nie pozwalają.

Boimy się, że świat nas zniszczy, gdy sobą będziemy. „Bo przecież tyle jeszcze istot całkowicie nieświadomych siebie gnanych prądem masowej mody”… – nieraz moglibyśmy pokusić się powiedzieć.

Ale to tylko wymówka. Lęk.

Irracjonalny, jak zawsze.

Jak „zjawy” w gabinecie luster – nie prawdziwe.

Gdy zaufamy (i będziemy konsekwentni w byciu sobą) świat zewnętrzny dopasuje się.

Być może, że początkowo będzie wyglądać to dziwnie, ale grunt to nie zwątpić. Nie zwątpić w siebie.

Jesteśmy zawsze właściwi, gdy czujemy tą zgodność.

Można powiedzieć, że bycie sobą nie jest tyle trudne (bo to właściwie najłatwiejsza rzecz pod słońcem), co niesie wyzwania.

Ale dzieje się to po to, by życie smakowało najlepiej. Było zawsze takie… świeże.

Bez umierania tożsamości przestalibyśmy być tym autentycznym, prawdziwym sobą. Zatracilibyśmy świeżość widzenia.

A tożsamości umierają w skutek doświadczania… Gdy przestają być już potrzebne.

Te „wyzwania” są tak na prawdę solą życia. Solą, pieprzem…

Nigdy nie przychodzą inne niż te potrzebne. Nigdy nie przychodzi nic, co nie miało by nas wzbogacić i ugruntować jeszcze bardziej w sobie.

 

Dlatego – TERAZ, zawsze teraz jest moment i miejsce na szczerość, na prawdę, na SIEBIE.

Nikt nie zastąpi tych oczu Wszechświata, którymi patrzysz. One są wyjątkowe.

 

Serafinek

/obrazek: Josephine Wall/

Możesz wesprzeć moją pracę tutaj:

 

Interesują Cię prywatne konsultacje?

Kliknij TUTAJ

 

 

Serafinek

Nie przywiązuj mnie do żadnej z przedstawionych tu tożsamości, gdyż i ja nie jestem do nich przywiązana. Wybieram je ku uciesze z Życia. Jeśli chcesz eksploruj to wyjątkowe przejawienie boskości we mnie, by dogłębnie zbadać swoje. „Kim jestem? Zapytałam siebie. Istnieniem? Marzeniem? Boskim tchnieniem? Nie… JA jestem PŁOMIENIEM.”

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here